Według ministra Andrzeja Czumy, język jakim posłużył się jego syn na określenie blogerki Kataryny (cytat za TVN24: “s…synami” lub “wrednymi babsztylami”), to język łagodny. Oczywiście jak na standardy Internetu. Wulgarny, uliczny i w dodatku anonimowy język…
Czy to oznacza, że minister Czuma nie będzie miał nic przeciwko temu, jeżeli na łamach, było nie było, Internetu, nazwę go “s…synem” czy wręcz “wrednym babsztylem”? I nie wiadomo, które gorsze. Czy przyrównanie do “wrednego babsztyla”, czy do bliżej nie określonego “s…syna”. Żałuję, że nie “s…syn” nie był zacytowany w oryginale (a może był?), przypuszczam, że wówczas wpis byłby bardziej mięsny, tudzież pikantny.
No, ale skoro minister pozwala, to hulaj dusza i “spieprzaj dziadu”, że tak pojadę następnym klasykiem. Płciowo lepiej to, niż “wredny babsztylu”, nie?

Czerwiec 16th, 2009 at 10:29
Hi! I like your srticle and I would like very much to read some more information on this issue. Will you post some more?