Znajomy pracuje w KFC, piecze tam, czy też smaży? Chyba piecze… nie znam się na tym. Poddaje obróbce termicznej kurczaki. Dzisiaj wrócił z pracy zdecydowanie bardziej wykończony niż zwykle, twierdząc, że przez ośmiogodzinną zmianę nie miał czasu nigdzie tyłka przyłożyć. Dołóżcie do tego godzinną drogę w jedną stronę do pracy i wyjdzie dziesięć godzin na niemłodych jednak nogach.
Wszystko, według słów znajomego, przez owo święto zakochanych, które mieliśmy okazję, i całe szczęście, już odbyć. Przez bitych osiem godzin, do jakże romantycznej i wyszukanej restauracji spod znaku Kentucky Fried Chicken, zmierzały pary zakochanych.
Tu się zatrzymajmy na chwilę – owszem, Fried znaczy smażony. I wydawałoby się, że znajomy smaży. Ale na przykład moją ulubioną potrawą w KFC jest Twister – a składa się między innymi z kawałków pieczonego kurczaka! Tak więc chyba zachodzi tam jedno i drugie… A może i trzecie, o które lepiej nie pytać.
Wracamy do zakochanych.
I oni tak obie zmierzali do tego KFC, przez bitych wielokrotnie (są tu katedry, które przepięknie tłuką godziny) osiem godzin. Żeby potem niskim, cieplym głosem wyznawać sobie miłość. Patrzeć głęboko w oczy, delikatnie gładzić swoje dłonie, dyskretnie je potem ocierając o spodnie czy spódnice, bo wiadomo – dania brudzą i dłonie niekoniecznie są pierwszej świeżości. Z pocałunkami się czeka, bo nawet jeśli w pierwszym odruchu usta trafią na usta, to zaraz się ześlizgną – wszakże buźki zakochanych otłuszczone są wspomnianym wyżej kurczakiem oraz nowym bohaterem mojego wpisu – frytkami.
Potem już tylko krótkie zapicie Colą spod znaku Pepsi (dziewczęta wybierają tę niesmaczną, która jednak niesie spokój sumienia – Light, chłopcy zaś różnie) i można iść się umyć. Wyretuszować, przygotować i hej, wskakują do łóżka. Albo idą do kina.
A znajomy odpoczywa przed telewizorem.
Swoją drogą, to ma być podobno święto zakochanych. Zawsze więc wyobrażałem je sobie inaczej. Teraz zakochani w sposób szczególny celebrują swoją miłość, wyznając sobie to i owo, zagryzając jakże lekkie i ciężki jednocześnie słowa, pysznym Twisterem.
A jak to powinno wyglądać? To zakochanych powinno się celebrować. Idzie para, wybiega jubiler i podsuwa darmowy pierścionek dla pani, zegarek dla pana. Idzie para, wybiega cukiernik z torcikiem dla pana i wygrzebanym nie wiadomo jakim cudem liściem sałaty dla pani. I tak dalej, i tym podobne. Wtedy możecie mówić o święcie zakochanych a nie pieprzą bez sensu, bo sklepikarze mają okres posuchy i gdzieś te stosy gówna różowego upchać trzeba.
