Inspirowany tematami na forum Giżycko, zacząłem sobie rozmyślać o Żydach, Polakach i różnych pokręconych losach ludzkich. W swoich myślach odnalazłem jedną taką rodzinę, polsko-żydowską właśnie. Jej najsłynniejszym przedstawicielem jest, urodzony w 1926 roku, wybaczcie, że nie pamiętam dokładnej daty, Melvin Kaminsky.
II Wojnę Światową spędził jako inżynier w amerykańskich oddziałach i nie jest to okres jakoś szczególnie omawiany w jego biografiach, więc pewnie za ciekawy nie był. Oczywiście nikt nie twierdzi, że bezczelnie kolaborował z Niemcami – ot, po prostu był inżynierem, który gdzieś tam coś tam budował. Z braku szerszych wspomnień domyślać się można, że nie pod obstrzałem wroga.
Swoją karierę rozpoczął na początku lat sześćdziesiątych, zrazu w telewizji a później jako reżyser. Jako aktor, do pewnego stopnia, też – pojawiał się w rolach epizodycznych (podobnie jak Alfred Hitchcock) czy też drugoplanowych. Stał się bardzo rozpoznawalny i stworzył wiele całkiem niezłych, choć to kwestia spojrzenia, filmów.
Melvin Kaminsky zapewne nie jest specjalnie rozpoznawanym imieniem i nazwiskiem, zapewne dlatego, że przeszło czterdzieści lat temu zmienił je na Mel Brooks – i tutaj pewnie niejeden Czytelnik westchnie i powie “Ach, no tak…”.
W roku, jeśli mnie pamięć nie myli, tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym, Brooks wyreżyserował film, pod tytułem „Kosmiczne jaja”, który to (tytuł) ciągle mi się dzisiaj nasuwa przed oczy. Otóż dowiadujemy się, że spaść ma na ziemię nie byle co, bo satelita! I to, całkiem możliwe, że na Polskę! Choć nikt nam tego nie obiecał. Pewnie będzie jak zawsze, miała być manna z nieba a nawet gówno nie spadnie.
Otóż satelity spadają z nieba może nie cały czas, ale dość powszechnie. Każdy satelita kiedyś spadnie i nie ma na to rady. A ściślej, one nie tyle spadają, co palą się w atmosferze. To bardzo ciekawe zjawisko jest, tak w ogóle. Obiekty, które wpadają w naszą atmosferę zapalają się z powodu… tarcia! Przy odpowiedniej prędkości, lecąc z próżni, można się otrzeć nawet o atomy azotu i tlenu. I tak normalnie, to one się palą. Bywa, że jakiś fragment spadnie, wtedy na naszą korzyść działa statystyka – bo jednak zdecydowana większość kuli ziemskiej to oceany czy inna bezludna tajga.
Nasz Nowy Wielki Brat najwyraźniej nie odrobił tej niewielkiej pracy domowej, obtrąbił cały świat alarmistycznie o spadającym cudzie i będzie teraz przymierzał się, niczym Mel Brooks strzelając do lotek, rakietą do satelity. Większość naukowców, w tym i polskich, podkpiwa sobie z tego, ale za to nasz rząd, zawsze wierny i gotowy, już powołał sztab kryzysowy.
Człowiek się zaczyna cieszyć, na mnie już ta manna nie spada.
