Czynność niby trywialna, chyba większość z nas jadła kiedyś naleśniki. Ba, ja sam jadłem już kiedyś naleśniki. Wielokrotnie. Dawno, dawno temu, robiła je moja babcia. Potem moja mama, bo nie była taka, żeby nie. Robi je, dla ścisłości, nadal. Naleśniki również robi siostra mojego dziadka – nazywam ją ciocią, choć oczywiście nie jest to nazewnictwo właściwe. Ale przyjemne, głównie dla cioci. Z tym, że i tak młodo wygląda – ma przeszło osiemdziesiąt lat, zachowuje się tak, jakby ktoś jej zainstalował niewielki motorek w tyłku i nie potrafi usiedzieć na miejscu. A wygląda na lat sześćdziesiąt góra. Może to właśnie dlatego. Jadłem też parę innych naleśników w paru innych miejscach. Żona, Jagoda, też mi je robiła.
I one wszystkie nie przeciekały.
Dzisiaj jadłem naleśniki, które zostały kupione w Tesco. Smakowały mniej więcej jak patelnia – i przez dłuższy czas podejrzewałem właśnie patelnię o przeniesienie tej subtelnej woni. Ale nie, degustacja naleśnika świeżo wyciągniętego z opakowania rónież wykazała ten zapaszek.
No, mówi się trudno.
Naleśnik został nasmarowany masą czekoladową – że palce lizać!
Dosłownie.
Albowiem one po prostu przeciekają! Tak całkiem zwyczajnie mają dziury w cieście, równomierne, o, oceniając na oko, identycznej średnicy. A więc zrobione maszynowo a nie przez przysłowiowego kioskarza, który dziurawi igłą prezerwatywy.
Dziwne to wszystko, ale… paluszki były słodkie, że naleśniki lizać.
