preload
lis 18

O pani minister Kopacz pisałem już dwa razy, o ile dobrze pamiętam. Za każdym razem w kontekście tzw. “pandemii świńskiej grypy”:
Minister Kopacz na wycieczce
Minister Kopacz podbija stawkę

Kiedy wirus świńskiej grypy trzymał się od Polski z daleka, mieliśmy jedno zachorowanie, media epatowały się takimi słowami jak pandemia, że nie wspomnę o epidemii, to pani minister wiernie im wtórowała. Ach, jakaż to straszliwa pandemia. I ach jak wspaniale Polska jest na nią przygotowana. Achy, ochy, wizyty w szpitalach, deklaracje, puste słowa, stek bzdur.

Teraz, kiedy liczba zachorowań w Polsce wzrasta, pani minister jakby zmienia front. Nagle nie jest to wcale taka groźna grypa, zwykła jest groźniejsza, umiera więcej ludzi, nie ma w zasadzie sprawy, ot, drobny wybryk.

I ja to wiem, bo o tym pisałem w tamtym czasie – Świńska grypa po raz drugi. Wtedy pani minister jednak nie wiedziała. Ja dalej wiem swoje, a nagle dociera do pani minister. Oprzytomniała najwyraźniej. Albo… Teraz tylko tak można mówić, bo Polska była właśnie tak przygotowana, jak to opisywałem. Śmiech na sali szpitalnej, łaskawa pani.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,
maj 11

Pani mnister zdrowia raczyła wizytować szpital w Mielcu. Wizyta pani Kopacz odbyła się wczoraj, w niedzielę (ciekawe, swoją drogą, czy ministrowie mają nadgodziny?) a szpital to ten sam, do którego we wtorek trafiła pierwsza zarażona wirusem świńskiej grypy kobieta w Polsce – jakby ten tytuł nie brzmiał.

Pani minister, znana z opowiadania bzdur o przygotowaniu polskich szpitali do ataku pandemii, zaprzeczyła swoim wcześniejszym wypowiedziom słowami “Ja dzisiaj z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że ta pacjentka miała szczęście trafiając do tego szpitala” (cytat za portalem TVN24). Wydawałoby się, że gdzie pacjentka by nie trafiła, tam by się nią zajęli odpowiednio. No ale nie, miała szczęście według pani minister. Miała szczęście! To mówi minister zdrowia w odniesieniu do placówki medycznej. Dla mnie takie słowa to skandal, a czytelnicy mogą wyciągnąć własne wnioski.

Swoją drogą, jeszcze jeden cytat z pani minister zdrowia “Pacjentka była bardzo zadowolona z pobytu w tym szpitalu. Jest troszkę zagubiona, bo mówi, że dużo się o niej teraz mówi. Nie wie jak się będzie zachowywać i jak ją przyjmą, kiedy wyjdzie ze szpitala“. Widać, że po okresie ministerialnym nie będzie mieć problemów ze zdobyciem nowej pracy – rzecznik pacjenta idealny prawie. Prawie, bo teksty “bo mówi, że dużo się o niej teraz mówi” brzmią bardziej po polskawemu niż po polsku.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,
kwi 28

No dobra, wiele osób odwiedza ten blog (aż się zdziwiłem!), więc pora napisać coś o świńskiej grypie, a nie rozwodzić się na temat pandemii, jak uczyniłem to w poprzednim wpisie pandemia i świńska grypa.

Drażni mnie ta cała sytuacja, tak całkiem poważnie. Denerwują mnie wiadomości, gdzie 90% stanowi informacja o tym, że gdzieś tam hospitalizowano kogoś z takim to a takim podejrzeniem, a gdzie indziej kogo innego. Epatowanie tłuszczy przekonaniem, że już za chwilę, już za momencik, wszyscy będziemy mogli onanizować się ryzykiem owej grypy w Polsce.

W zeszłym wieku, znaczy się w XX, bo to nie tak dawno, zdarzyły się trzy pandemie. Co to jest pandemia pisałem również w poprzednim wpisie o świńskiej grypie – link wyżej. Tuż po I Wojnie Światowej (Wielkiej Wojnie, jak to wtedy nazywano), w latach 1918-1919 świat obiegła hiszpanka zbierając żniwo pięćdziesięciu milionów dusz. Następne były łagodniejsze – w 1957 azjatka zabiła milion osób, w 1968 grypa z Hong-Kongu – kolejny milion. Poza hiszpanką, dwie kolejne były mutacjami właśnie świńskiej grypy.

No i to były pandemie. Tymczasem, na chwilę obecną, świńska grypa zabiła 150 osób. Ptasia grypa, parę lat temu, zabiła około 100 osób. Jasne, to się jeszcze nie skończyło i bardzo żal każdego istnienia ludzkiego… Tylko mało kto zdaje sobie sprawę z różnych faktów… A potem przyszedł raport WHO i co się okazało? Że tak naprawdę (potwierdzono, a nie słuchano komunikatów) to zmarło kilkanaście osób…

Ptasia grypa dziwnie zbiegła się z premierą nowego antywirusa, nie pamiętam już jego nazwy. Niecierpliwie oczekuję informacji o nowym antywirusie. Nawiasem mówiąc – ludzkość nie zna jeszcze całkowicie skutecznej szczepionki, lub całkowicie skutecznego antywirusa przeciwko grypie. Grypie – tej zwykłej.

Teraz uwaga – co roku, w USA na grypę umiera 36 tysięcy osób. Co roku, na całym świecie, na grypę umiera 700 tysięcy osób! Mowa jest o zwykłej grypie, nie ptasiej, nie świńskiej. Ale jasne, lepiej się straszyć i napędzać zakupy nieskutecznych szczepionek przez biedną, wystraszoną masę. Nie dajmy się zwariować, koncerny farmaceutyczne i tak biedne nie są.

A świńska grypa to podkładanie świni biednym ludziom. Wcześniej wspomniana szczepionka nie była całkowicie skuteczna, kosztowała 150 złotych za dawkę… No i przerażone społeczeństwo sobie te dawki aplikowało. Nie wiadomo tylko po co.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,
kwi 17

Na stronie uzyjwyobrazni.pl zamieszczono projekt do kampanii mającej zapobiegać nadmiernej prędkości na drodze – szczególnie w kontekście motocyklistów. Rysunek jest prosty, marchewka na motorze i hasło “Idzie wiosna, będą warzywa”. Reakcje na ten plakat i hasło są różne, i jak to zwykle w Polsce bywa, skrajne.

Niektórzy plakat chwalą, twierdząc, że nieważne jak – ważne aby dotrzeć. Trzeba przyznać, że treść dociera, choć może nie do każdego. Kiedy widzę niektórych co inteligentniejszych użytkowników naszych dróg, jestem przekonany, że do nich akurat nie dotrze. Nie żeby tak kochali prędkość – po prostu nie zrozumieją. Inni z kolei twierdzą iż przenoszona treść jest niesmaczna i nie na miejscu. Widać nie przepadają za warzywami, mięsożercy okrutni. Z tym, że to warzywo to przenośnia – trochę mięsa gdyby kampanii nie było – też by zostało.

Jakiś czas temu, w Giżycku, dwóch motocyklistów ścinało ten sam zakręt jadąc z przeciwka i wbili się w siebie. Nie było warzyw, były dwa pogrzeby. Sam jeździłem motorem zaledwie kilka razy w życiu – nie przemawia do mnie ten środek lokomocji, zdecydowanie wolę samochód. Przyznaję też uczciwie, że swego czasu jeździłem jak idiota, albo i gorzej. Niby nic się nie stało, co kiedyś było dla mnie powodem do dumy – widać tak dobrze jeżdzę. Teraz wiem, że po prostu głupi miał szczęście.

Jeżdzę wolno z prozaicznego powodu – ot, ekonomia. Po pierwsze, auto mniej pali; po drugie – opony wolniej się zużywają; po trzecie wreszcie – warzyw nie lubię a z zasiłku pogrzebowego ZUS i tak nie ja skorzystam. No to wolę zwolnić co polecam i Wam.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,
mar 20

Na zachodnim wybrzeżu środkowej Afryki, w miejscowości Oklo (państwo, jak wskazuje tytuł, to Gabon) istniał kiedyś reaktor jądrowy. Teraz czytelników możemy podzielić na trzy grupy. Tych, co wiedzą o co chodzi – już serdecznie dziękujemy, nie macie co dalej czytać tego wpisu, poczytajcie sobie wiersze, historię Giżycka* lub pogadajcie z mieszkańcami na forum Giżycka.

Druga grupa, to ludzie ufni w potęgę człowieka i nowe technologie. Myślą sobie tak – jasne, francuzi albo amerykanie, a reaktor jądrowy postawili w Gabonie bo akurat tak im było wygodnie. Nawet jak wybuchnie, to przecież do nich nie dojdzie. Kwestia przesyłania tej energii pozostaje przy takim domniemaniu otwarta i raczej trudna do rozwiązania, ale co tam.

Grupa trzecia to wieczni malkontenci, którym łatwo przychodzi krytyka i myślą coś takiego – jasne, to w takim Oklo można było, w Afryce, rwa kulszowa, a w Polsce ciągle nie ma! Jest to myślenie o tyle błędne, że w Polsce są reaktory jądrowe – nie należy ich mylić z elektrowniami atomowymi.

Myślę, że nadeszła pora, aby czytelnicy z grupy dwa i trzy, dołączyli do pierwszej grupy. Czyli, o co chodzi…

W Oklo znajdują się bogate złoża Uranu, działa tam kopalnia owego promieniotwórczego gówna. Kiedyś, kiedyś, dawno temu (Wikipedia podaje, że dwa miliardy lat temu) działał tam… naturalny reaktor jądrowy. Francuscy uczeni odkryli (w roku 1972 gwoli kronikarskiej ścisłości), że zawartość Uranu-235 w Uranie-238 jest taka jak… w wypalonym paliwie jądrowym! Kolejne badania potwierdziły tezę, że dawno temu działał tam naturalny reaktor jądrowy – samoistna reakcja nuklerna, która trwała od stu tysięcy do pięciuset tysięcy lat.

Taka reakcja mogła zajść i była możliwa, gdyż zawartość Uranu-235 w rudzie była wyższa niż obecnie, wszystko z powodu połowicznego rozpadu Uranu-235, który jest krótszy niż Uranu-238 – kiedyś było go po prostu więcej i była to zawartość wyższa procentowo.

Można obliczyć kiedy zawartość Uranu-235 była wystarczająca dla zainicjowania takiej naturalnej reakcji – oraz do jej podtrzymania. Możliwe, że gdzie niegdzie też uda się odkryć podobne reaktory naturalne. Oczywiście to nie jedyna okoliczność, która sprzyjała powstaniu tamtego reaktora – kolejną rzeczą była rzeka. Rzeka nanosiła nowy Uran, dostarczając paliwa a jednocześnie działała jako chłodziwo – i interes działał jak złoto, znacznie przewyższając dzisiejsze reaktory zarówno pod względem średniej mocy jak i wydzielonej energii.

Można też tworzyć teorie, że jakaś cywilizacja, dwa miliardy lat temu… dobra, dobra, wiem.

*) To jest część pierwsza, ale są i następne: historia Giżycka część 2, historia Giżycka część 3 i czwarta część historii Giżycka. Pewnie będą jeszcze jakieś, ale może później.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,
lut 25

Klimat się zmienia, nie ma co do tego wątpliwości. Tak przynajmniej głoszą mądre i siwe głowy. Zawsze się zastanawiałem, czy siwieją z mądrości, czy organizm myli siwiznę z szarzyzną – i używa owych siwych włosów jako komórek mózgowych. Nie mam pojęcia. Z drugiej (a może i dziesiątej) strony, część naukowców jest łysawa czy wręcz łysa.

Z czym się myli wówczas mózg – wolę nie wiedzieć. A może wcale się nie myli, tzn. nie że ktoś jest brudasem, tylko że nie popełnia błędów. Ktoś tam.

Wiem, wiem, gadam od rzeczy. Od klawiatury, dla ścisłości. Jak na razie do monitora, a wkrótce do Internetu. Też dobrze. No ale ja miałem o klimacie.

A skoro o klimacie mowa, to nie dajcie się zwieść jakimś tornadom, huraganom czy innej ptasiej cipie. Grypie. Grypać, albo nie grypać, oto jest pytanie. Ciekawe, że jak to pisałem w oryginale, to jeszcze się nie spodziewałem świńskiej grypy. A tu proszę.

No dobra, do rzeczy.

Największy grad. Co roku jest taki, co to go najstarsi górale nie pamiętają, a tymczasem największy i tak spadł w Coffeyville (swoją drogą, niezła nazwa,jak na grad, taka spokojna) w 1970 roku. 14,4 cm średnicy – to robi wrażenie. Z kolei najcięższy spadł w Bangladeszu – nieco ponad kilogram sztuka a było to w 1986. Akurat jak się moja siostra urodziła (6 miesięcy wcześniej, ale nie bądźmy drobiazgowi), to na pewno znak.

Albo takie ciśnienie. Bywają duże, bywają małe, ludzie narzekają… a kto sobie zdaje sprawę z tego, że w Barnauł w Rosji, cisnienie podniosło się do 1088hPa? I było to 109 lat temu. Najniższe (jak wiadomo niskie sprzyjają tajfunom) też nie jest jakieś nowe – 870hPa w 1979 roku, w Guam.

Skoro już przy burzach jesteśmy. Wiecie, że w Bogor, w Indonezji, odnotowano… 322 dni z burzą? W roku. I to nie prawda, że nie pada na Saharze. W Wadi Halfa, w Sudanie nie padało najdłużej – 19 lat.
Opady deszczu – w Gwadelupie, Basse Terre dla ścisłości, w 1970 spadło 38mm deszczu. Mało? Niby niewiele, ale jak sobie uświadomicie, że w ciągu… minuty? Zmienia to postać rzeczy, prawda?

Może jeszcze temperatury, bo niby czemu nie. Najdłuższe upały (definiowane jako temperatura powyżej 37,8°C) panowały w Marble Bar, w Australii. Zaczęły się 30 października 1923 roku i trwały 162 dni.
Najszybszy spadek temperatury, z 6,7°C do -48,8°C (Browning, USA) miał miejsce 24 stycznia 1916 roku – wszystko w ciągu 24 godzin.

Jak spadek – to i wzrost. Również USA, tyle, że Spearfish i rok inny – 22 stycznia (znowu styczeń!) 1943 roku – od -20°C do 7°C. Tyle, że w ciągu… 2 minut. I nie był to wybuch nuklearny.

Największa amplituda (ale już wieloletnia) to z kolei domena Rosji – Ojmiakon, od -71°C do 33°C (o 104 stopnie!).

Najniższa temperatura w Polsce, co to górale jak zawsze nie pamiętają o czym już wspominałem – to 11 stycznia 1940 roku – w Siedlcach odnotowano -41,0°C. Z drugiej strony, czy to Polska, skoro to 1940 rok… Polska pod okupacją. Cholerni faszyści, nie dosyć, że najechali, to jeszcze zimę załatwili. Nie dosłownie.

Najniższe temperatury to w ogóle ciekawy temat. Taka Azja – wiadomo, Rosja. W Tomtor odnotowano -72,2°C. Ameryka Północna (ale w sumie to Grenlandia, więc trochę obok) to North Ice i -66,1°C. Ameryka Południowa to Argentyna i -32,8°C. W Europie jak i w azji króluje Rosja, Ust-Szangor z -55°C. W Afryce, wyobraźcie sobie, a konkretniej w Ifran (Maroko), odnotowano -23,9°C. Trudne do uwierzenia. W Australii, w Charlotte Pass -23,0°C. Ba, ale co tu mówić o Australii czy Afryce, skoro nawet w Oceanii odnotowano -10,0°C (Haleakala, Hawaje, znaczy USA). A jak najzimniej, to wiadomo – Antarktyda, -89,6°C odnotowane na stacji Wostok.

Dla równego rachunku strzelimy jeszcze najwyższą – zacznę od ciekawszej, Antarktyda – stacja Wanda tym razem i 15,0°C. Plus!
W Europie (Sewilla, w Hiszpanii jakby kto nie wiedział) to 50,0°C. Najcieplej, jak się można było spodziewać, w Afryce – 57,8°C (Al-Azizija w Libii).

Wracając do zmian klimatycznych. Największa prędkośc wiatru, w porywie, to 112,0m/s w USA (1934 rok). Panie, teraz to już takich wiatrów nie ma.

Najsilniejszy cyklon tropikalny, to przynajmniej coś ciekawego – 320km/h, 1988 rok, na Morzu Karaibskim. A najdłuższa droga tornada, to 469km, Illinois w USA. Rok 1917.

I tym optymistrzynym akcentem, spadajcie.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,
sie 31

Inspirowany tematami na forum Giżycko, zacząłem sobie rozmyślać o Żydach, Polakach i różnych pokręconych losach ludzkich. W swoich myślach odnalazłem jedną taką rodzinę, polsko-żydowską właśnie. Jej najsłynniejszym przedstawicielem jest, urodzony w 1926 roku, wybaczcie, że nie pamiętam dokładnej daty, Melvin Kaminsky.

II Wojnę Światową spędził jako inżynier w amerykańskich oddziałach i nie jest to okres jakoś szczególnie omawiany w jego biografiach, więc pewnie za ciekawy nie był. Oczywiście nikt nie twierdzi, że bezczelnie kolaborował z Niemcami – ot, po prostu był inżynierem, który gdzieś tam coś tam budował. Z braku szerszych wspomnień domyślać się można, że nie pod obstrzałem wroga.

Swoją karierę rozpoczął na początku lat sześćdziesiątych, zrazu w telewizji a później jako reżyser. Jako aktor, do pewnego stopnia, też – pojawiał się w rolach epizodycznych (podobnie jak Alfred Hitchcock) czy też drugoplanowych. Stał się bardzo rozpoznawalny i stworzył wiele całkiem niezłych, choć to kwestia spojrzenia, filmów.

Melvin Kaminsky zapewne nie jest specjalnie rozpoznawanym imieniem i nazwiskiem, zapewne dlatego, że przeszło czterdzieści lat temu zmienił je na Mel Brooks – i tutaj pewnie niejeden Czytelnik westchnie i powie “Ach, no tak…”.

W roku, jeśli mnie pamięć nie myli, tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym, Brooks wyreżyserował film, pod tytułem „Kosmiczne jaja”, który to (tytuł) ciągle mi się dzisiaj nasuwa przed oczy. Otóż dowiadujemy się, że spaść ma na ziemię nie byle co, bo satelita! I to, całkiem możliwe, że na Polskę! Choć nikt nam tego nie obiecał. Pewnie będzie jak zawsze, miała być manna z nieba a nawet gówno nie spadnie.

Otóż satelity spadają z nieba może nie cały czas, ale dość powszechnie. Każdy satelita kiedyś spadnie i nie ma na to rady. A ściślej, one nie tyle spadają, co palą się w atmosferze. To bardzo ciekawe zjawisko jest, tak w ogóle. Obiekty, które wpadają w naszą atmosferę zapalają się z powodu… tarcia! Przy odpowiedniej prędkości, lecąc z próżni, można się otrzeć nawet o atomy azotu i tlenu. I tak normalnie, to one się palą. Bywa, że jakiś fragment spadnie, wtedy na naszą korzyść działa statystyka – bo jednak zdecydowana większość kuli ziemskiej to oceany czy inna bezludna tajga.

Nasz Nowy Wielki Brat najwyraźniej nie odrobił tej niewielkiej pracy domowej, obtrąbił cały świat alarmistycznie o spadającym cudzie i będzie teraz przymierzał się, niczym Mel Brooks strzelając do lotek, rakietą do satelity. Większość naukowców, w tym i polskich, podkpiwa sobie z tego, ale za to nasz rząd, zawsze wierny i gotowy, już powołał sztab kryzysowy.

Człowiek się zaczyna cieszyć, na mnie już ta manna nie spada.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,