Ands – Policja

Odwaga spływa krwią
w sieć miejskiej kanalizacji
Jesteś na ustach całej Polski
a jutro temat do kasacji

Może jedynie przyjaciele,
smycze, kagańce, zwykłe psy,
pomnik wystawią ze spiżu serca
Jak zawsze wierni, oni – Ty.

Bolą mnie słowa, nie chcą budować,
obraz cukierek jest mi obcy
Ważny jest człowiek w swoich czynach
Z odwagą ginąc w objęciach nocy.

Dla Andsa. Ci co mają wiedzieć, wiedzą. Spoczywaj w pokoju.

Ssak

Jesteś aniołem, powiadasz, kłamiesz.
Za grosz skromności, krztyny wiary,
a światło, którym skronie zdobisz
do cna wygasło, to kocioł stary.

Co jeszcze mówisz? Że diabełkiem?
Na czorta trzeba wygląd mieć
Dla mnie niestety jesteś zerem
jak pewien poseł, zwykły śmieć.

I czymś tam jeszcze, coś tam mówisz,
nie słucham więcej, marność taka,
fauna już nawet się wypiera
obrażasz sobą każdego ssaka.

Strach

Pochwycony w świadomość
własnej śmiertelności
Objąłem głowę
by nie słyszeć krzyku
Strach spływał
wężami mroku
zaciskał na sercu
obręcz chłodną
Brak nadziei rozpaczliwie
dawał o sobie znać
Umarłem ze strachu
przed śmiercią.

Konopne fandango

Na grubym konarze sznur dynda
jutowe woła cię tango
bo w zeszłym sezonie z mody
wyszło konopne fandango.

Nie ma znaczenia to przecie
bo ważne są rezultaty
gdy już złoczyńcę najdziecie
kajdanki, cmok w łapę i kwiaty.

Skąd kwiaty, cmoki i łapy
to dobre jest wychowanie
w końcu do tańca zapraszasz
kacie przemiły, mój panie

A konwenanse surowe
bez nich nie cywilizacja
a przecież pozory są ważne
zwłaszcza gdy wiesza cię nacja.

Smak

Na krześle, jak na tronie
władasz swym życiem, nieudolnie
Poprzez błędne decyzje
zakopujesz się w niczym

Dopada cię nic jak sen,
zmora dusi cię nocą
poprawiasz kołdrę łudząc się
że jutro wstanie słońce

Na przemiał oddajesz swą duszę
nijako przemija twój czas
uginasz się pod byle pretekstem
bo wolność gorzki ma smak.

Szkiełko

Wielokrotnie ją popełniam
poprzez przymykanie oczu
Brak reakcji na świat
Jest zbrodnią najcięższą
Nie planujesz takim być
rodzisz się surowy
jak kamień bez szlifu.
Przesypujemy się
milionami w kopalniach
z łyżki do piaskownicy
I tylko niektórzy
jak diamenty
wyłuskiwani są
przez czas.
Większość to jednak
tylko szkiełka.

Ścigasz tęczę na niebie
Proponujesz wyprawę
w głąb siebie
Nie jesteś złym człowiekiem

Nikt się Ciebie nie boi
nawet jeśli tak myślisz
Nie jesteś prezydentem
Nie jesteś złym człowiekiem

Bo w życiu chodzi o coś więcej
Świat jest pełen nienawiści
ale są oceany miłości, jak Ty
Nie byłeś złym człowiekiem.

18 lat temu zmarł Freddie Mercury – dla mnie najlepszy wokalista, jaki kiedykolwiek się urodził, znakomity muzyk. Wiersz jest gówniany, ale że i taka jest reszta, więc niech będzie dla Freddiego – wykorzystałem, nie dosłownie, fragmenty piosenek There Must Be More To Life Than This oraz Mr. Bad Guy.

Wolny ptak

Policz chmury na swym obliczu
Rozjaśnij słońcem oczy
Podejmij próbę, stań na przeciw
Wyciągnij ramiona, dotknij szczytów
Uleć wolnym ptakiem
Rakietą natchnienia
Pustynię w dole spal
spojrzeniem wyobraźni
Naprzemiennie obracaj
obrazy obojętne
Aż zmienią się w drżenie
Miłości bez końca

Cień nocy

Za niczym uganiał się cień
udając, że wciąż trwa przy tobie
nie zdepczesz go przecież
choć tego właśnie się boi
Nie masz już na nic ochoty
stagnacja, marazm i nic
nadciąga księżyc północy
dziś w nocy wychodzisz na łów
A cień i w nocy się znajdzie
jak nie twój, to chociaż sumienia
zapełnia się karta wyraźnie
codzienne grzechy pożera

Żart wierszowany nr 3

Na brzegu Twego ciała
gdzie nocy aksamit
mój lont się dopala,
pierdolnie jak dynamit.

Wiem, że jest to słabe,
marne i nieciekawe,
lecz jak tu sławić babę
zanim wypiję kawę?

Parę słów wyjaśnienia – oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że jest to marne, nieciekawe i słabe nie tylko jako wierszyk, ale też i jako żart. Jednak brzmi w nim nutka dziennika, fragmentu autobiografii – więc na bloga jest jak znalazł. Siedzę sobie, dopiero co się obudziłem, coś napisać trzeba – a weny brak. No to się trafiło coś takiego.