Oddechy (2008-12-30)
Nasłuchuję…
Nie wiem, czym się odezwiesz.
Listonoszem, faksem, komórką?
Wiem, że to zrobisz
Dlatego żyję.
Nasłuchuję…
Nie wiem, czym się odezwiesz.
Listonoszem, faksem, komórką?
Wiem, że to zrobisz
Dlatego żyję.
Topnieje sen, przynosząc jawę
tak obrzydliwą w swym majestacie.
Kościół odarty z wątpliwości,
nawę wypełnia tłum monolityczny.
Jednokierunkowe spojrzenie, bez
świateł mijania, bez wskazań
prędkości, z odbijaczami
wiecznie wiszącymi na burcie.
Odrapane idee, przeżarte poglądami
uniwersalnymi, średnimi i całkowicie
znormalizowanymi na spędach
bydła omawiane po trzykroć.
Choroba wspólnoty intelektualnej
ironicznie nazwana, choć twierdzenie
to jest obce masowej publiczności.
Zapadam w sen z taką perspektywą
po to, by znów obudzić sie
w koszmarze [...]
Przed siebie, na oślep, ponad wszystkim
gnać przez gruzy przeszkód pokonanych
Rozbijać powietrze, ciąć na krople
Wpijać w horyzont miejsc nieznanych
Zostawić przeszłość, historię, groby
nie pogrzebane, nie znane, po polach
rozsiane bez tablic i nazwisk,
kto by zresztą je wszystkie spamiętał.
Salutując wodzom i królom, z drwiącym
uśmiechem ironii balansującym na skraju
warg, lecąc prosto w słońce, paląc
skrzydła na czerń, dla chwały i sławy.